To nie jest notka

18/01/2010, poniedziałek

Niektórzy z was pewnie zastanawiają się, czy pojawią się tutaj jeszcze jakieś notki. Inni natomiast nie mogą się doczekać ostatecznego rozstrzygnięcia kwestii, jakiego koloru bieliznę nosi Michał Wiśniewski. Tych pierwszych mogę uspokoić i zapewnić: będą. Oto właśnie one. Tym drugim niestety nie jestem w stanie pomóc. “One” to zresztą może trochę na wyrost. Będzie na pewno ta, którą właśnie piszę. I zapewne jeszcze druga, którą napisze Joanna. I to by było tyle, jeśli chodzi o tego - skądinąd bardzo sympatycznego - bloga. W życiu każdego Polaka przychodzi taka chwila, że powinien się zamknąć. W moim życiu taka chwila już przyszła dawno temu, ale jakoś ją przegapiłem. I jeśli ona jest właśnie teraz, to również niestety nie wskazuje, żeby miała trwać. Ale wrócimy do meritum. Popkulturalny jako projekt bardzo szybko przestał być tym, czym miał być i długo nie było wiadomo, czym jest właściwie. Co samo w sobie nie jest niczym złym, a może nawet wręcz przeciwnie, świadczy o intensywnym życiu bytu. W tym przypadku bloga. Z którego pisania radość powoli się wyczerpywała. Aż okazało się, że nie ma jej tak wiele, żeby ciągnąć to dalej. Jakkolwiek pisanie bloga wydaję mi się ciągle bardzo przyjemnym zajęciem. To już obowiązek pisania bloga bywa uciążliwym. Co można zapewne powiedzieć również o innych obowiązkach. Zresztą nie tylko obowiązkach. W ogóle można dużo powiedzieć i zamierzam to w dalszym ciągu robić, ale już nie tutaj. Choć bardzo przyjemnie mi się pisało pod egidą Polityki. Za co chciałbym tutaj redakcji podziękować. I być może pisałoby mi się dalej, gdyby nie to, że w czasie znużenia obowiązkiem pisania bloga, pojawiły mi się inne, nowe zajęcia, których realizacją muszę się aktualnie zajmować. To znaczy może nawet nie muszę, ale trochę chcę. Przede wszystkim chodzi o ściślejszą współpracę z Krytyką Polityczną, który wynikła pod koniec zeszłego roku i rozwija się w dalszym ciągu. Pisanie felietonów na stronę Krytyki jest być może wirtualnie najbardziej widocznym z jej elementów. Ale siedzenie w księgarni Centrum Kultury Nowy Wspaniały Świat najbardziej obfitym. Bo we wszystkie dni powszednie od 11 do 19. Tutaj można mnie znaleźć, jeśli się chce zamienić słowo lub dwa.

Można mnie też znaleźć na blipie, który po długim okresie letargu powoli wraca do życia. Zdaje tam relacje z mojego codziennego pobytu w nieczynnej szatni, która jest ostatnio moim drugim domem. Czyli miejscem pracy. Spragnionych form bardziej zwartych odsyłam do książki „Janusz Hrystus”, która od piątego marca dostępna ma być Empikach i gdzie indziej też. Trwają również niezbyt intensywne prace nad kolejną książką z dziejów pewnego kontrowersyjnego pisarza. Dwie trzecie zamierzonej całości mam już za sobą, więc właściwie dużo nie potrzeba do końca, ale jakoś trudno mi się skupić. Obiecuję jednak to zrobić. Tymczasem kolejne odcinki śledzić można w efemerycznym piśmie „Ruch dla kobiet i mężczyzn” wydawanym przez Fundację Nowego Teatru. Kolejny numer mamy nadzieję przedstawić już w kwietniu. Ponadto pracuje nad pewnym projektem filmowy, który również pewnie kiedyś doczeka się premiery. A przynajmniej zamierzamy się o to starać. I to by było na tyle. Choć bardziej dociekliwym mogę polecić jeszcze przeglądanie czasopisma „Bluszcz”, gdyż w którymś z nadchodzącym numerów będzie można przeczytać jak wygląda dzień z życia pewnego pisarza, którego nazwiska być może się domyślacie. Ma też być wywiad w “Kmagu”, jeśli wpadłoby wam coś takiego w ręce. No i przede wszystkim prowadzę ciągle prowadzę swojego starego i niezmiennego bloga, do którego lektury zachęcam. To na nim jest najwięcej seksu. Trzymajcie się i do zobaczenia przy innych okazjach.

Jaś Kapela

Sentymentalna podróż do Japonii

17/12/2009, czwartek

Jest zimno i zło. Autobus spóźnia się dziesięć minut, choć do przejechania ma tylko cztery przystanki od początku swojej trasy. Mówię sobie, że nigdy już więcej nim nie pojadę, ale pewnie jutro znowu będę czekał na tym samym przystanku, bo nie będzie mi się chciało iść na przystanek trzysta metrów dalej, gdzie jeździ coś więcej niż jeden, biedny autobus, ale z kolej żaden z nich nie zawozi mnie dokładnie tam, gdzie potrzebuje wysiąść, a przynajmniej nie bez przesiadki. Sytuacja jest więc beznadziejna. Przynajmniej do wiosny. Tymczasem trzeba sobie jakoś inaczej pomóc. Na przykład wyruszyć w podróż do dalekich, i z pewnością ciepłych, krajów, gdzie autobusy jeżdżą punktualnie, a śnieg zrasza, co najwyżej, szczyty gór. A przynajmniej łudzę się, że tak tam jest. Na pewno są kolorowe dziewczyny, które lubią lody (a lubią jest zapewne dla tego, że nie spadają im na twarz).

Z pewnością jest to raj dla pedofilii, a przynajmniej ludzi lubiących dzieci. Choć trudno uniknąć perwersyjnych erotycznych skojarzeń, gdy ogląda się teledyski o tym jak ma wyglądać w Japonii przyszłość.

A tutaj bardziej tradycyjny element. DJ Ozma. Widzimy kraj kwitnącej wiśni w całej okazałości i nawet gdzieś tam śnieg miga, ale na tyle daleko, że nie trzeba się go bać. Jednak istota teledysku polega na klepaniu się przez panów paletkami po członkach, którym bardzo się taka zabawa podoba. Gorąca polecam. Rozgrzewająca piosenka.


DJ OZMA - DRINKIN- BOYS

Mamy też urocze akcenty transseksualne. Panowie śpiewają naprawdę ładnie, a ubrani są jeszcze ładniej. „Chicago” w wersji queer.

Fajny jest też Klubowy Książę w swoim białym mundurze i z fryzurą MacGyvera, ale nie umieszczę go na stronie, bo umieszczanie zostało wyłączone, ale za to mogę się podzielić kawałkiem gangsta rapu., który co prawda chyba jest reklamą czegoś, ale przy okazji też kwintesencją.

Dzisiejszy odcinek sponsorował Avex Network. Ale i tak wszyscy wiemy, że najfajniejszy jest japoński death metal. Który wydaje się gdzie indziej.

„There can never be another Lord Of Nightmare!!!” Więc czas wracać do domu.

Jaś Kapela

Polski Vice i międzynarodowy blaz

15/12/2009, wtorek

Od jakiegoś czasu w trawie, znaczy się w tych resztkach co prześwitują gdzieniegdzie spomiędzy betonu, piszczy, że będziemy mieć w Polsce Vice’a. A teraz już nawet nie piszczy, lecz prawie, że huczy. Ilość fanów na facebooku rośnie lawinowo. W ciągu ostatniej doby przybyło ich już ponad dwustu. A to z pewnością nie koniec ekspansji. W pdfie dla potencjalnych reklamodawców możemy przeczytać, że nakład jednego numery wynosi obecnie niewiele poniżej miliona, a jego czytelnicy są określani jako “wielkomiejscy trendsetterzy w wieku 18-34 lat”. Możemy też przeczytać, że Vice to najfajniejszy magazyn na świecie, co każe zauważyć, że jego redaktorzy nie cierpią na nadmiar przesadnej skromności. Ale przecież o to właśnie chodzi. I na tym polega siła tej gazety. Że to, co w innym piśmie byłoby uznane za wadę, w Vice’ie obnoszone jest z dumą jako największa zaleta. Czego by złego nie powiedzieć o tym piśmie i jego redaktorach może zostać potraktowane jako komplement. Autorzy Vice to pijaki, ćpuny i onaniści? Nawet nie potraficie sobie wyobrazić jak bardzo. Są kapryśni i małostkowi? Jak najbardziej. Tchórzliwi i zblazowani?Między innymi. Powiedzmy to teraz. Gdybym miał być redaktorem jakiejś gazety, to myślę sobie, że mógłby to być Vice.

fot. choufi CC (by)

A jednak nie jestem i pewnie już raczej nie będzie. Nie tylko dlatego, że jestem redaktorem poniekąd konkurencji, choć zapewne też. Jednak redakcje są jak kochanki. Służą temu, żeby je zdradzać. W którym więc miejscu mojej drogi myślowej tak potwornie zbłądziłem, że uroczy, zblazowany, pijacki nihilizm Vice’a przestał być dla mnie aż tak pociągający? Dlaczego ta przecież ciągle tak samo słodka poza przestała mnie kręcić? Nie wiem do końca. I po prawdzie wcale nie przestała, a jednak nie ma we mnie tyle żaru, co kiedyś. Już mnie to tak bardzo nie jara. Być może przez ten milion egzemplarzy albo przez tych wielkomiejskich trendsetterów, którym ilekroć gdzieś ich spotykam miałbym ochotę przykleić do pleców reklamę Nike. Po prostu to zrobić. Ale oczywiście tego nie robię. Moje zblazowanie jest zbyt wielkie. I tak sobie myślę, że jestem bardziej zblazowany niż najbardziej zblazowani redaktorzy Vice’a, którzy nie wyciągnęli ze swojego zblazowania ostatecznych wniosków albo wyciągnęli zupełnie inne. Otóż okazało się, że blaz jest postawą, która się świetnie sprzedaje. Masz wszystko w dupie? Poczytaj tych, którzy też mają w dupie. Tylko z pisaniem tych, którzy mają wszystko w dupie jest taki jeden podstawowy problem, że gdyby naprawdę wszystko mieli w dupie, to by nie pisali.

Dlaczego więc to robią? Bo na pisaniu, że ma się wszystko w dupie można całkiem dobrze wyjść i sprzedawać pismo w nakładzie prawie miliona egzemplarzy trafiające do wielkomiejskich trendsetterów. Oczywiście w Vice nikt nie ukrywa, że chodzi o większa gotówkę. Wystarczy spojrzeć na cennik reklam. Bo fajnie jest mieć nie tylko wszystko gdzieś, ale przy okazji mieć większą gotówkę. Co bardziej efektywnie pozwala mieć wszystko gdzieś. No i to są te ostateczne konsekwencje, których bardzo nie mam ochoty wyciągać z mojego zblazowania i ogólnego nihilizmu. Jakie więc konsekwencje wyciągnąłem? Trudno powiedzieć. Chyba takie, że skoro taki jestem zblazowany, to nie mam co się przejmować większą gotówką, ani nawet tym, że mam wszystko w dupie. Bo o to, wiadomo, trudno. Nie każda dupa jest taka rozciągnięta, żeby wszystko pomieścić. Moja na pewno jeszcze nie jest. A skoro mogę sobie funkcjonować przyjemnie na marginesach zblazowania i większej gotówki, to nie mam co udawać fajniejszego niż jestem. Tylko po to, żeby trafiać do wielkomiejskich trendsetterów.

Jaś Kapela

Trzy kolory biały

13/12/2009, niedziela

Odkąd pamiętam mam dużo ciepłych uczuć dla Krzyszofa Piesiewicza, choć podejrzewam, że w życiu przeczytałem z nim może jeden wywiad i oglądałem go pewnie w telewizji przez pięć minut, gdy miałem jeszcze telewizje czyli jakoś w liceum. Więc nie wiem, na jakiej podstawie te ciepłe uczucia powstały. Pewnie zrobił na mnie wrażenie sympatycznego i dowcipnego. Albo coś w tym guście. Ale nigdy poza tym się nim nie interesowałem. Te wszystkie postKieślowskie produkcje, w jakich brał udział budziły we mnie jedynie zażenowanie. Zresztą z Kieślowskiego najbardziej lubię dokumenty, a resztą mogłaby dla mnie właściwie nie istnieć. I pewnie bym już nigdy nie zaczął się zajmować senatorem Piesiewiczem, gdyby nie ostatnie okoliczności. Z powodu których mogę swoje ciepłe uczucia zreaktywować. Okazuję się, że Piesiewicz nie tylko jest sympatyczny i kulturalny, ale lubi też wciągać koks.

A przynajmniej mu się to zdarza. Co prawda trochę trudno zrozumieć mi tłumaczenia, że to lekarstwo. Ale nie tak bardzo. Czasami rzeczywiście kokaina może nim być. Jeśli życie jest chorobą śmiertelną przenoszoną drogą płciową, jak głosi znajomy reżyser senatora, to koks bywa na nie lekarstwem. Obawiam się jednak, że nie to próbuje nam powiedzieć Piesiewicz. Zresztą chyba sam nie bardzo wie, co chce powiedzieć. Trudno mu się zresztą dziwić. Sytuacja, w której się znajduje nie jest godna pozazdroszczenia. Co prawda osobiście uważam, że wciąganie jest ok. Podobnie zresztą jak przebieranie się w damskie ciuszki. Ale wygląda na to, że senator Piesiewicz nie podziela mojej opinii. I stąd cały problem. Gdyby ją podzielał, nikt nie mógłby go tym szantażować. A ponieważ jej nie podziela, to ma totalnie przejebane. Czyż nie jest to dowód na kulturową niższość konserwatyzmu obyczajowego? Przecież wcale nietrudno wyobrazić sobie świat, w którym nikogo nie dziwi przebieranie się w sukienki i wciąganie narkotyków. Jednak Piesiewiczowi trudno sobie taki świat wyobrazić i wygląda nawet na to, że w imię tego braku wyobraźni zapłacił sporo pieniędzy. O ile mam dużo sympatii dla Piesiewicza wciągającego koks, o tyle mam jej znacznie mniej dla Piesiewicza nie potrafiącego się do tego przyznać. Choć fanem koksu nie jestem i uważam, że są dużo fajniejsze narkotyki. Zresztą może to nie był koks. Na filmie widać, że jest zdecydowanie zmęczony, więc z pewnością nie był to tylko koks. I tu zaczyna się tragedia.

Wolałbym, żeby Piesiewicz przyznał się, że wciągał koks w jakimś ładnym wywiadzie dla Wysokich Obcasów, niżbym miał się tego dowiadywać przy okazji dość obleśny filmików. Gdyby polityka narkotykowa naszego konserwatywno-konserwatywnego państwa nie była tak idiotyczna, szansa, że dojdzie do takiej sytuacji pewnie byłaby mniejsza. Senatorowie, piosenkarza i dziennikarze nie musieliby się wstydzić wyznania, że robią to, co robią. W końcu ktoś przemyca tego setki kilogramów kokainy do Polski, które nasze dzielne służby przechwytują. I można podejrzewać, że nie przechwytują jednak całej oraz, że dla przemytników nie jest to sztuka dla sztuki. Oczywiście każdy ma prawo być wstydliwym i nie ma obowiązku opowiadania o swoim życiu osobistym. Ale, jeśli ma się zwyczaj poznawania dziewczyn pod Mariottem, to chyba jednak bardzo wstydliwym się nie jest. I mimo całego współczucia, jakie mam dla Krzysztofa Piesiewicz, jednak trudno nie zauważyć, że nie robił wiele, żeby porządek, który takie tragedie umożliwia, rozluźniać.

Jaś Kapela

P. S.

Kaczmarski na świecie

11/12/2009, piątek

Gdy byłem dzieckiem dużo słuchałem Jacka Kaczmarskiego. Potem przestałem, bo zaczałem słuchać Grzegorza Turnau, ale jednak coś we mnie zostało, a ponieważ dziś na Chłodnej 25 występuje izraelski Kaczmarski, więc tak sobie pomyślałem, gdzie jeszcze można znaleźć Kaczmarskich. A oni się wszędzie.

Izraelski Kaczmarski:

Japoński Kaczmarski:

Amerykański Kaczmarski o korzeniach włoskich (prawdopodobnie):

Anonimowany Kaczmarski:

UPR-owski Kaczmarski:

Uniwersalny (czyli amerykański) Kaczmarski:

I jeszcze jeden amerykański Kaczmarski:

Więcej Kaczmarskich nie pamiętam, za wszystkich serdecznie żałuję i proszę cię Jacku o rozgrzeszenie.

Jaś Kapela

Bunt w polskiej prozie

09/12/2009, środa

Zdaję sobie sprawę, że dla większości ludzi na świecie to, co piszę, jest nieodróżnialne od zwykłego bełkotu. Nie tylko dlatego, że dla większości ludzi na świecie język polski jest niczym innym niż bełkot. Choć też. Lecz nawet, jeśli wziąć pod uwagę wyłącznie ludzi władających językiem polskim, ta proporcja w żaden dramatyczny sposób się nie zmieni. Nie piszę tego, żeby się skarżyć. Wręcz przeciwnie. Byłbym przerażony, gdyby okazało się, że jest inaczej. Gdyż jest to tendencja obusieczna. To, co mówi większość ludzi, jest dla mnie zwykłym bełkotem. I to nie tylko dlatego, że większość z nich mówi po chińsku. Choć też. W każdym razie na potrzeby spotkania „Bunt w polskiej prozie” policzyłem sobie, ile mogę mieć w Polsce czytelników i wyszło mi całkiem sporo, bo czterdzieści tysięcy, ale pewnie sobie pochlebiam. To zresztą hipotetyczna liczba, będąca wziętym z powietrza wyliczeniem, ile w ogóle mogę mieć czytelników w przyszłości. Teraz na pewno jeszcze tylu nie mam. Z drugiej strony zawsze mogą kupić sobie moje książki ludzie, dla których nic nie będę one znaczyć, bo kompletnie nie rozumieją języka, jakim się posługuję. Nie tylko dlatego, że to język polski. Choć też.

fot. david dexler CC (by)

Ale po co o tym piszę? Bo męczy mnie sprawa tego całego buntu. No, może nie jakoś bardzo, ale jednak trochę. Co z tego, że się buntuje, skoro jest to naturalne stadium dojrzewania w liberalnym społeczeństwie? Niewiele, choć mogę się poczuć lepiej, że nie jem każdego gówna, które mi podadzą, gdyż spośród stosów tegoż wybieram sobie te, które mi pasuje. Podobnie jak ludzie mi podobni, którym tak się składa trafia do gustu produkowanego przeze mnie gówno i w ten sposób pięknie się uzupełniamy. Ten bunt. To tytułowy bunt ze spotkania “Bunt w prozie polskiej”, z którego mam wrażenie nie do końca wynikło, że wszystko, co piszę, to jeden wielki bunt. A, że piszę, to tak się składa, że to bunt w prozie polskiej, która swojego czasu przyjmowała też formę poezji. Więc, jeśli nie wynikło, to chciałbym, żeby wynikło teraz. Jest tylko bunt. Mniejsza już z tym przeciwko czemu. Bunt to bunt, bunt dla buntu, choć jednocześnie przecież wiem, że działam w strukturach, które dopuszczają określone sposoby zachowania i mogę się buntować dopóki ich nie przekroczę, bo kiedy to zrobię, to przestanę być człowiekiem i podmiotem, a stanę się zwykłym wariatem. Nie jestem nim dopóki mój bełkot jest zrozumiały dla większej ilości osób niż ja sam, ale znowuż nie dla zbyt wielu. Zbyt wiele osób, które cię rozumie świadczy, że nie masz nic interesującego do powiedzenia. Zresztą bez przesady z tym rozumieniem Nie trzeba wcale wiele rozumieć, żeby sobie radzić. A już na pewno nie trzeba tego rozumienia eksplikować. Przepraszam za ten bełkot, ale miałem potrzebę spróbować wyrazić swoje niezrozumiałe stanowisko. To znaczy nie przepraszam, ale mogą sobie państwo pomyśleć, że przepraszam, jeśli sprawi to, że poczują się państwo lepiej. Bo najważniejsze to poczuć się lepiej. Od tych, którzy nic nie rozumieją. Choć za to rozumieją inne rzeczy.

Jaś Kapela

p.s. A za jakiś czas będzie można sobie pewnie przeczytać w miesięczniku “Lampa” mniej hermetyczną wersję pozwyższych i innych przemyśleń.

Dawno temu w Deadwood

07/12/2009, poniedziałek

Albo jak ustanawiano prawo.

To chyba pierwszy serial, który obejrzałem do końca. Jeśli w ogóle można o czymś takim mówić w tym przypadku. Końcem wydaje się tu chyba ten moment, w którym jacyś bogaci ludzie postanowili przestać inwestować swoje pieniądze w tak mało opłacalny sposób. Albo ktoś im wytłumaczył, że szanse, że na tym jeszcze zarobią są minimalne, więc najlepiej przestać, zanim wtopią jeszcze więcej. Jakiekolwiek były przyczyny wygląda na to, że koniec jest ostateczny, choć niespecjalnie wynikający z fabuły. Co prawda główny antenat i sprawca wielu wydarzeń z trzeciej serii właśnie opuszcza Deadwood, które – nie mając wyjścia albo mając do wybory zmiecenie z powierzchni ziemi - zdecydowało się przed nim ukorzyć. Ale trudno to traktować jak koniec. Trudno to traktować, a przecież nim jest, skoro szanse na ciąg dalszy są znikome. Prawie jak w życiu. Mimo dręczących bohaterów obaw, nierozwiniętych wątków, nieprzemijających emocji, nic się już więcej nie zdarzy i pewnie już nigdy nie dowiemy się, czym było to, co się wydarzyło. Ale musimy iść dalej. I idziemy. A jednak czas spędzony z mieszkańcami Deadwood - wioski wyrosłej na terenie indiańskiego rezerwatu, a wskutek gorączki złota zagarniętej przez białych – domaga się pewnych podsumowań.

A przynajmniej funduje pewne przemyślenia. Tak jak napisano o The Wire, że opowiada o działaniu instytucji, tak można analogiczny, choć nie identyczny, wniosek wyciągnąć o Deadwood. Co też zrobiłem w pierwszym tego tekstu akapicie. O co więc chodzi z tym prawem? Miasteczko powstaje na ziemi indiańskiego rezerwatu, spod kurateli amerykańskiego prawa wyjętej, więc zacząć trzeba od odebrania jej prawowitym właścicielom, niezbyt na szczęście biegłym w paragrafach i również raczej daleko za białymi sytuującymi się, jeśli chodzi o zdolność obrony swej ziemi. Indianie posługują się innymi kategoriami niż biali, więc często wystarczy ich zabić, żeby stracili prawo własności. Co też faktycznie okazuję się być również prawdą, jeśli chodzi o białych. Choć nie tak jednoznaczną. Jak się okazuje potem. Czasami lepiej niż zabijać ich, jest zabić ich bliskich, co bywa często nawet skuteczniejszym narzędziem denominacji. Tam, gdzie nie ma prawa, liczy się przemoc. Tam, gdzie jest, przemoc pomaga je zmieniać. Oczywiście gry sił nie są tak jednoznaczne. Potencje nie rysują się w statystykach niczym po perfekcyjnych PRowskich badaniach. A jednak istnieją pewne przewagi, z którymi trudno się mierzyć, jeśli się nie chce zostać zmiecionym. A jednak trzeba się mierzyć, jeśli nie pragnie się zostać wyrugowanym, z prawa nie tylko własności, lecz również godności, czego czasem również domaga się hegemon, by swą pozycję utwierdzić, choć nie dlatego, żeby ktoś mógł jej zagrozić inaczej niż symbolicznie. Ale symbole władzy okazują się tu nie mniej istotne, niż ona sama. Władza jest nie tylko jej sprawowaniem, ale również jej ukazywaniem. Grzechem jest nie tylko się jej przeciwstawienie, ale również sama próba wyrażenia takiej możliwości. Nie wystarczy się ukorzyć, trzeba też zamilczeć.

I to wszystko w serialu o kowbojach. Proszę sobie wyobrazić. Zresztą nawet więcej. Bo jest jeszcze np. język. Padających z ust bohaterów zdań wielokrotnie złożonych trudno uświadczyć w większości powieści współczesnych, może poza Jackiem Dehnelem. Ale u niego z kolej nie znajdzie się równie błyskotliwych myśli. Zdarza się, że trzeba przewijać dialogi po dwa razy, żeby wychwycić niektóre niuanse eufemizmów. A przecież jednocześnie padają opinie kurewsko proste i dosadne. Ciekawym zabiegiem formalnym jest, że wielu bohaterów mówi do samych siebie, czy też adwersarzy wyobrażonych. Al Swearengen rozmawia na przykład z ukrytą w kartonie odcięta głową indiańskiego wodza. W naturalny sposób pogłębia to psychologiczny wymiar postaci. Sprawia, że próbujemy pojąć nie tylko ich działania, lecz również wątpliwości. Po blisko trzydziestu godzinach w Deadwood żałuję, że nie dane mi będzie spędzić tam więcej, choć jednocześnie dziękuje losowi, że nie przyszło mi żyć w równie popieprzonych czasach, kiedy musiałbym rozważać nie tylko to, która dziewczyna się na na mnie obrazi, ale także to, komu należałoby poderżnąć gardło, żeby przeżyć.

Jaś Kapela

Zbawienny dystans

04/12/2009, piątek

Poszedłem na wykład, choć chory byłem i ciągle jestem. Ale podobno miało być dużo obrazków oraz znajomi przebrani za małpy, więc ryzyko zanudzenia się na śmierć nie było zbyt wielkie. I rzeczywiście były obrazki, a połowa publiczności składała się z osób w małpich maskach. W ogóle przez chwilę myśleliśmy, że kolega, który z nami siedziała jest jedyną osobą na sali niezaangażowaną bezpośrednio w sytuacja, organizowaną przez fundację Bęc Zmiana i Krytykę Polityczną. Cała reszta publiczności to byli ludzie w tych instytucjach działający. Ale potem ktoś jeszcze przyszedł i nie można było już sobie żartować, że tylko ludzie działający w danych instytucjach są zainteresowani ich działaniami. I słusznie. Bo nie są. To znaczy są zainteresowani nie tylko oni. W każdym razie wykład z cyklu Ekspektatywa (W języku staropolskim znaczy tyle co “nadzieja” “widok na przyszłość”) nauka/sztuka w tej odsłonie przeprowadzony był przez Magdę Starską (z ramienia sztuki) i Dawida Wienera (ręka naukowca) i nosił podtytuł „Komunikacja. Pogłębianie poczucia przestrzeni”.

fot. ewen and donabel CC (by)
Wszystko to było ciekawe, choć dość oczywiste. Jeśli dobrze zrozumiałem kognitywistyczny wywód dr Wienera, to chodzi o to, że dzięki sztuce możemy przeżywać uczucia uwewnętrznione. Dzięki czemu możemy zdobyć również zbawienny dystans do uczuć przeżywanych na co dzień, których bezpośredniość i nasze w nie zaangażowanie zasadniczo sprawia, że tego dystansu nam brakuje. Innymi słowy sztuka pozwala nam w pogłębiony sposób przeżywać rzeczywistość. Czyni nas poniekąd odpornymi na powszechny zalew emocji atakujących nas z obrazów i zdarzeń. Wydaje mi się to oczywiste, gdyż w skrócie odpowiada mojej historii życia. Lektury, a teraz też sztuki wizualne, wprowadziły mnie w świat dystansu do własnych uczuć, lecz także sądów. Cokolwiek myślę, wiem, że można to pomyśleć inaczej. Cokolwiek czuję, czuję, że mógłbym mieć tez inne uczucia w tej samej sytuacji. Zresztą nie tylko ja. Podejrzewam, że państwo również.

fot. muffet CC (by)

A potem poszukałem sobie w necie dr Wienera i okazuje się, że jest do znalezienia również dość interesujący wywiad, który trochę pokrywa się z moimi ostatnimi szkolnymi (i nie tylko) doświadczeniami. Jak wiadomo, żyjemy w czasie powszechnego zalewu obrazów i informacji. Dłuższy cytat: „mózg stara się zneutralizować stres wywołany przebodźcowaniem. Co więc robi? Przechodzi w tryb awaryjny i skraca obieg informacji. Odłącza młodszy ewolucyjnie płat przedczołowy, który odpowiada za empatię, altruizm i tolerancję, a dopuszcza do głosu starsze struktury odpowiedzialne za pierwotne reakcje. W efekcie obojętniejmy na wszystko, co nie dotyczy nas osobiście. Można więc powiedzieć, że nadmiar informacji uwstecznia nas jako ludzi.” Znaczy, że rewolucji nie będzie? Wręcz przeciwnie? Wiek postępu i emancypacji właśnie się kończy, aby ustąpić czasom pierwotnych reakcji? Na to wygląda. I co teraz? Nie wiem. Ale chyba słabo. To znaczy jest jeszcze sztuka, dzięki której możemy przeżywać emocje uwewnętrznione, erzacowe – jak je określał dr Wiener w czasie wykładu – i która może nas przed tym zdziczeniem uratować. Ale jeśli będziemy o nią walczyć tak jak o KDT, to kiepsko to widzę. Choć z drugiej strony taki Długosz twierdzi, że dla niego wyrzucenie kupców było przeżyciem estetycznym. No, ale Długosz jest artystą. A nie wszyscy są artystami. Jeszcze. Ciekawe, że na dzisiejszą wystawę wybierają się wyrzuceni kupcy. Czy patrząc na dzieło rekonstruujące ich bezpośrednią tragedię będą potrafili wykrzesać w sobie erzacowe emocje?

Jaś Kapela

Wyprowadzenie kupców z KDT

02/12/2009, środa

Odbędzie się już w piątek w Nowym Wspaniałym Świecie. Jakkolwiek by to dziwnie nie brzmiało. Choć może to logiczne, że nie ma miejsca dla kupców w Nowym Wspaniałym Świecie, tak jak nie było dla nich miejsca w świątyni. Że przypomnimy, co powiedział Jezus w tamtej chwili: „Czyż nie jest napisane: Mój dom ma być domem modlitwy dla wszystkich narodów, lecz wy uczyniliście z niego jaskinię zbójców.” No, właśnie. To samo mogłaby powiedzieć Gronkiewicz-Waltz kapitalistom z KDT, gdyby zdecydowała się pojawiać pamiętnego dnia na stanowisku. Nie zdecydowała się, więc nie wiemy, o czym wtedy myślała. Pewnie o Jezusie. Pojawiły się jakieś tłumaczenia, że to wszystko dlatego ponieważ postanowiono, że zbudowane tam zostanie Muzeum Sztuki Nowoczesnej. Jakoś budowane na razie nie jest. Choć od 21 lipca minęło już trochę czasu. I budowane raczej nie będzie, skoro umowa z architektem została podpisana dopiero w październiku. A czas na ukończenie projektu będzie miał architekt do czerwca 2011. Skąd więc ten pośpiech z wyrzucaniem kupców ze świątyni handlu?

fot. arimeq CC (by) SA

Nad tym tematem (oraz innym) pozwoli nam się zastanowić rekonstrukcja tego wydarzenia, której to wernisaż zaplanowany jest na 4 grudnia o godzinie 19. Tymczasem możemy tu rozważyć ten problem na sucho. Jak sugeruję w pierwszy akapicie nie można tej sytuacji traktować dosłownie. Cała jest ona symboliczna. Jeśli w naszych szalonych czasach Gronkiewicz-Waltz gra Jezusa, a KDT świątynie, to czemu zdecydowała się usunąć z niej kupców? Czyżby nie modlili się dość gorliwie do złotego cielca handlu? I dlatego uczynili z niej jaskinię zbójców, którą należało uprzątnąć? Nie mamy chyba wątpliwości (Bóg umarła dawno temu), że jeśli ktoś wznosi jeszcze jakieś modły, to robi to do świętej mamony. Dlaczegóż więc? – zapytuję. Czy musiało tak się stać? Ano musiało, bo na miejsce złych handlarzy podrabianych adidasów, przyjdą dobrzy sprzedający prawdziwą sztukę. Sprzedający oczywiście również w sensie symbolicznym, bo Muzeum nie będzie przecież trudnić się handlem bezpośrednim, detalicznym, a jedynie imputowaniem pewnych dzieł i idei społeczeństwu. Zresztą też nie całemu, bo kto z nie przymuszonej woli chodzi do muzeów? A już szczególnie muzeów sztuki nowoczesnej?

fot. arimeq CC (by) SA
Otóż ja, oczywiście, ale przecież nie handlarze z KDT. Handlarze, których model handlu jest przestarzały i nie odpowiada zmieniającym się czasom kapitalizmu kognitywnego. Teraz kupcy muszą być również twórcami. Nie tylko sprzedawać buty, ale również symbolicznie (i nie tylko) tę sprzedaż tworzyć wprowadzając innowacyjne idee, zmieniając świat. Jezus wyrzucił kupców, bo zmieniali świat w kierunku, którego sobie nie życzył. Z domu modlitwy uczynili dom handlu. Hanna Gronkiewicz-Waltz idzie krok dalej. Z domu handlu pragnąc uczynić dom jeszcze lepszego handlu. Handlu, który jest nie tylko wymianą towarową, ale też stylem życia. O tym wszystkim zapewne dowiemy się patrząc na fotografie wykonane przez Mikołaja Długosza i Tomasz Dubiela (gdyż jest to wspólny projekt tych dwóch artystów). Ale też o czymś innym. O ile wyrzucanie kupców z KDT odbyło się w KDT właśnie, o tyle rekonstrukcja tego wydarzenia odbędzie się w miejscu znanym jako Nowy Wspaniały Świat. Nie przypadkowo, jak sądzę. W nowym wspaniałym świecie również nie ma miejsca dla kupców, ale z innych powodów, niż nastanie kapitalizmu kognitywnego. Nie ma tego miejsca, gdyż nie ma tu miejsca dla kupców w ogóle. Nowy Wspaniały Świat jest bowiem domem modlitwy dla wszystkich narodów o Lepszy Wspanialszy Świat. Bez kupców i Boga.

Jaś Kapela

Orka na lewicowym ugorze

01/12/2009, wtorek

Sierakowski czy Ziemkiewicz? – zapytał mnie o ósmej rano chłopak sprzedający na Dworcu Wschodnim przeterminowaną prasę i poczułem, że to zły znak. Bo byłem w tym dziwnym miejscu o tej nietypowej dla mnie porze, gdyż jechałem do Gniezna opowiadać o nierównościach, choć jedyna nierówność o jakiej czuję się kompetentny opowiadać to ta, że mam nierówno pod sufitem. Nie jestem jednak przekonany, czy ta nierówność interesuje uczniów klas licealnych. Ale - jak się okazało – żadna inna chyba też nie za bardzo. Ale od początku. Na Dworcu Wschodnim kupuje stary Przekrój, a wspomniany już chłopak pyta, czy nie chcę jeszcze Przeglądu, bo to też taka lewicowa gazeta. Mówię, że wiem, ale że nie chcę. Na co zarzuca mnie innymi propozycjami w rodzaju filmów Jarmusch, czy nawet Louisa Malle’a, ale bronię się dzielnie, więc chłopiec zmienia strategię rozmowy, na którą ma wyraźną ochotę i zadaje początkowe pytanie. Odpowiadam, że oczywiście Sierakowski. Nie tylko dlatego, że pan Rafał nigdy nie powiedział do mnie „ziom”, a Sławkowi bywa że zdarza się to pięć razy w trakcie dziesięciosekundowej rozmowy. W ogóle nie sądzę, żeby Ziemkiewicz mówił do kogoś per „ziom”, co również wydaję mi się podejrzane. Zresztą podobnie jak cała jego grubymi nićmi szyta, zdroworozsądkowa prawicowość, na samą myśl o której chcę mi się rzygać. (Nie ma to jak racjonale argumenty, ale obawiam się, że to jedyny rodzaj dyskusji, jaki mam ochotę podejmować z tego rodzaju dyskursami.)

fot. DaffyDuke CC (by) SA

Więc gdy powiedziałem, że Sierakowski, chłopak odrzekł, że to chyba kiepski wybór, bo nie ma raczej w Polsce przyszłości dla tego rodzaju poglądów, po czym zaczęliśmy się kłócić o aborcję. Tak to już jest, kiedy się w Polsce dyskutuje o polityce z ludźmi, którzy mają inne poglądy. Można zabijać dzieci, czy nie można ich zabijać? Mi oczywiście sprawia perwersyjną przyjemność wzywanie do mordów. Czy może rewolucja obyć się bez krwi? I czy nie najlepsza jest w tym celu rzeź niewiniątek? Zawsze więc chętnie wygłaszam te sądy głośno, choć czasem już mnie to samego nudzi, bo za bardzo przypomina grę w ping-ponga dwóch komputerów. Wszyscy znamy swoje argumenty i cóż z tego, że prawicowcy wygrali w 1993 symboliczną wojnę, skoro i tak rok rocznie wykonuje się gdzieś koło stu tysięcy aborcji. Też mi zwycięstwo. Świętej obłudy. W imię Ojca i Syna i Obłudy Świętej Amen? Gramy więc w aborcyjnego ping-ponga, choć podrzuciłem też inny ważki temat jak legalizacja marihuany. Ale o legalizacji nikomu się nie chcę rozmawiać, bo trzeba być doprawdy nie lada oratorem, żeby uzasadnić prawem jakiego kaduka zabraniamy ludziom spalenie sobie nawet grubego dżoja. A jak nie wierzycie, to zapytajcie pani Minister Zdrowia. Jestem pewien, że na potrzeby Dzień Dobry TVN powie to samo, co o paleniu fajek, nie? Chyba już nikt nie wierzy w te mrzonki o narkomanii, może poza tymi, którzy nie wiedzą, że trawa, którą palili na studiach to to samo, co marihuana, za którą wsadzają do więzienia swoje dzieci. A raczej nieswoje. Swoim nie będą żałować pieniędzy na prawnika. Niech się martwią dzieci sąsiadów z osiedli, na które i tak się nie zapuszczają, ale chyba lepiej, żeby gówniarze siedzieli w klimatyzowanych więzieniach zamiast straszyć babcie pod blokiem.

Ziomy. fot. Slawek’s CC (by) SA

No więc pojechałem do Gniezna opowiadać dzieciakom o nierównościach, ale nie wiem, czy było warto. Nie wiem, czy ktoś coś z tego wyniósł, choć pewnie to było pierwszy raz, kiedy ktoś w ich obecności użył przy księdzu słowa „jaja”. Bo ksiądz siedział w ostatnim rzędzie i pewnie sprawdzał, czy nie głosimy żadnych herezji. Najwyraźniej jednak nie uznał nas za groźnych przeciwników, bo się nie odzywał. Odezwała się za to pani psycholog zastanawiając się głośno, czy z tym całym pomysłem na parytet pytaliśmy się kobiet, czy one tego chcą. Prawdę mówiąc nie wiem. Pytaliśmy? Pewnie nie. Kogo obchodzi zdanie kobiet. Gdyby kogoś obchodziło, to byłoby ich więcej w sejmie zapewne. Mieliśmy dyskutować przez półtorej godziny, ale po czterdziestu minutach zadzwonił dzwonek i okazało się, że dzieci nie mają już lekcji. I idą do domu. To znaczy mogą zostać. Ale kto by zostawał, żeby słuchać jakiegoś kolesia z Warszawy pieprzącego coś o nierównościach. Jakich nierównościach? Jakby kobiety chciały, to byłyby w sejmie. Skoro ich jest tam mało, to pewnie nie chcą. Przecież nie możemy ich zmuszać? Wolność jest, nie? Młodzież jest więc zdrowa, zadowolona i nie widzi żadnych specjalnych problemów. No i może to dobrze. Skoro ich nie widzi, to może naprawdę ich nie ma.

Jaś Kapela