Minister Zdrowia w służbie korporacjom

20/11/2009, piątek

Co najmniej od Ericha Fromma wiemy, że są różne rodzaje wolności. Ten filozof w swojej słynnej książce “Ucieczka od wolności” wyróżniał dwa podstawowe. “Wolność do” i “wolność od”. Możliwe, że coś mieszam, bo książkę czytałem dość dawno. A do tego ukradłem z biblioteki, więc może zemściła się na mnie w ten sposób. Ale wyobrażam sobie, że jest “wolność do” polegająca na tym, że ja, tak jak tutaj stoję, mam wolność do działania. Na przykład dajmy na to, że mam ochotę kopnąć cię w dupę. A ponieważ jestem wolny i wolność jest dla mnie najważniejsza to podchodzę i kopię cię w dupę, bo mam wolność do kopnięcia cię w dupę. Ty jednak masz prawo do “wolności od”. Czyli do wolności od bycia kopanym przeze mnie w dupę. Po prostu też jesteś wolny i masz prawo pozostać wolnym od bycia kopanym w dupę. Jeśli dobrze pamiętam i internet mnie nie oszukuje to Erich Fromm twierdził, że ten pierwszy rodzaj wolność jest dobry, gdyż jest wolnością “w sensie pozytywnego urzeczywistniania swego indywidualnego „Ja”, a więc ekspresji swych intelektualnych, uczuciowych i zmysłowych możliwości.” Natomiast z drugiej strony “ma miejsce proces „ucieczki od wolności” w sytuacji coraz większego poczucia samotności, strachu, przerażenia.” Wolność od jest ucieczką od decydowania o swoim życiu i pozytywnej jego afirmacji.

fot. antjeverena CC (by) SA

Minister Zdrowia Ewa Kopacz najwyraźniej wzięła sobie do serca lekcję Ericha Fromma. A jako osoba na odpowiedzialnym stanowisku chcę nas ochronić przed złymi konsekwencjami ucieczki od prawdziwiej wolności. Niestety jej rząd nie czytał tyle Fromma co pani minister, w związku z czym postanowił w przygotować ustawę o zakazie palenie w wielu miejscach publicznych czyli również w pubach i restauracjach, a także na przykład, gdy pasażerem w aucie jest dziecko poniżej lat trzynastu lub w związku z wykonywaniem zarobkowego przewozu osób. Pani Kopacz jest jednak temu przeciwna, gdy uważa, że ma prawo do swobodnej ekspresji swojej osobowości jakim jest dymek przy kawie. Oburzona jest, że ktoś śmie jej zabraniać palenia we własnym samochodzie. Co każe podejrzewać, że pani Kopacz trudni się zarobkowym przewozem osób lub nieustannie przebywa z osobami poniżej trzynastego roku życia. Co - jak się wydaje - rzucą nowe światło na jej karierę i życie osobiste. Daleki jestem od wtrącania się w życie osobiste pani minister, ale czy w istocie, jeśli zawsze przebywa z dzieckiem swoim lub czyimiś innym, zatruwa je nieustannie papierosowym dymem? Śmiem wątpić, podejrzewając, że ma na tyle przyzwoitości by tego nie robić. Ale mogę się mylić. Po obejrzeniu poniższej wypowiedzi trudno nie snuć dość ponurych rozważań na temat przyzwoitości pani minister.

Nie tylko dlatego, że film wygląda jak niskobudżetowa reklama sponsorowana przez koncerny tytoniowe. Choć tak wygląda. Widać, że, jeśli ktoś pani Kopacz zapłacił, nie mogło to być dużo pieniędzy. Pewnie wystarczył ukraiński koniak albo randka z korporacyjnym odpowiednikiem agenta Tomka. Ale zostawmy te niewesołe przypuszczenie. To, że Minister Zdrowia występuje w czymś, co wygląda jak reklama, nie znaczy, że nią jest. Być może jest po prostu pozytywnym urzeczywistnianiem indywidualnego „Ja” pani Kopacz, która gotowa jest zrobić wiele w obronie wolność swojej i innych. Wolność do zasmradzania i zatruwania atmosfery jeszcze innych. Ale cóż. W świecie, w którym żyjemy, nie można się obejść bez ofiar. Jeśli pani minister chce afirmować swoją indywidualność poprzez fakt, że może “zapalić papierosa dzisiaj wieczorem, popołudniu”, to musimy jej na to pozwolić. A jednak pozostaje wątpliwości, czy jako osoba pełniąca funkcję Minister Zdrowia w rządzie Rzeczpospolitej Polskiej nie powinna przypadkiem myśleć o zdrowiu obywateli kraju, którym rządzi, a nie tylko swojej wolności do zapalenia papierosa?

Jaś Kapela

Nie takie proste, ninos

18/11/2009, środa

Skończyłem kolejną książkę Choromańskiego i znowu nie wiem, o czym to było, a przecież podobało mi się. “Schodami w górę, schodami w dół” zresztą kończy się odautorskimi przeprosinami. “Mam męczące i jakieś nawet wstydliwe wrażenie, że napisałem nie to, co chciałem. Wyszło to albo raczej nie wyszło jakoś samo przez się. Nie panowałem nad obrazami, nie używałem należnych słów i zwrotów. Niekiedy jednak wydaję mi się, że jest to nie tylko wina mojej nieumiejętności - świadczy to także o jakiejś osobliwości mego wzroku, słuchu i języka. Wspomniałem już o tym, że mam w sobie karykaturalną żyłkę, że posiadam w sobie pewną skłonności do przesady i deformacji.” Zresztą może nie do końca autorskie, bo Choromański lubi mówić w sposób zapośredniczony, więc faktycznie wypowiada te słowa narrator, który relacjonuje cały przebieg podbaziańskiej przygody. Podbazie to zresztą miasteczko, które ma odgrywać role Zakopanego, choć sama stolica Tatr jest również w tekście wspomniana jako alternatywny kurort. Powieść, posiadająca formę wspomnień młodego malarza Karola Nitonickiego, pełna jest takich niewielkich przesunięć w rzeczywistości. W charakterystykach postaci można się wielokrotnie doszukiwać realnych osób. Ale jest to doszukiwanie się tyleż pasjonujące, co bezcelowe. Bezcelowe w znaczeniu zasadniczej niemożliwości przed którą korzyć się musi nieustannie literatura i słowo pisane w ogóle. Słowa nawet opisujące prawdziwe postacie są tylko słowami je opisującymi. Nie oddają prawdy o nich samych. Nawet jeśli sądzimy, że portret jest idealny, to jego prawdziwość pozostaje społecznym konstruktem. Zwyczajnie podoba nam się tak wizja. Albo nam odpowiada. Albo robi na nas wrażenie. Albo nas złości, trafia w czuły punkt. Lub coś jeszcze innego. Choromański każąc się swojemu bohaterowi i narratorowi tłumaczyć z tekstowych deformacji pragnie uwydatnić tę podwójność, wskazać na społeczny sposób konstruowania sensów, których nigdy nie można brać do końca serio.

Dlatego tak trudno odpowiedzieć na pytanie, o czym to było. Z pewnym trudem da się zrekonstruować na poły sensacyjną fabułę, której jednak streszczenie może jedynie wprowadzić w błąd, bo wyłaniała się z tego jakaś miłosno-szpiegowska awantura. O której poniekąd książka jest. Ale nie przede wszystkim. Gdybym miał powiedzieć, o czym jest przede wszystkim, byłoby trudniej. I trudniej jest. Bo jest też na przykład o konstruowaniu sposobu widzenie i dojrzewaniu dziewiętnastoletniego narratora, będącego do pewnego stopnia alter ego autora. Można się domyślać, że główna bohaterka, pani Łucka, wdowa po budowniczym Solnesie, jest w istocie rekonstrukcją postaci Marusi Kasprowiczowej, wdowie po Janie, z którą w swej młodości miał Choromański romans. Zresztą nie on jeden. Bo następnie Henryk Worcell. Była więc kobietą, która lubiła młodych ludzi brać pod opiekę i w jakiś sposób stwarzać. Z powieści wynika, że nie tylko młodych zresztą. Ale mniejsza z tym. Więc z czym większa? Być może z piętnowaną przez Ignacego Fika w “Literaturze choromaniaków” niesamowitością, która z perspektywy czasu zdaje się być cechą najciekawszej literatury dwudziestolecia. Zresztą z perspektywy czasu widać jak bardzo Fik się mylił, bo pisarze, z którymi walczył okazują się być tymi, którzy zostali w kulturze. Nawet zapomniany Choromański, może nie tyle przeżywa renesans, co jest odkrywany przez kolejne osoby, co być może takim renesansem jeszcze zaowocuje. Fik pragnął literatury zaangażowanej nie dostrzegając, że nie chodzi oto, żeby literatura spełniała polityczne postulaty, lecz o sposób jej czytania. Bardziej byłby może ciekawy esej o polityczności Schulza niż wyrzekania, że pisze nie tak jak należy. A być może nawet nie jest to niesamowitość, lecz totalna nieprzejrzystość i tajemniczość ludzkich relacji, którym nawet największa precyzyjność nie jest w stanie sprostać. Języka jest zawsze oparty na tropach. I być może najważniejszym z nich nie jest metafora, czy metonimia - jak lubi się ciągle zachwycać nauka o literaturze - lecz elipsa. To wszystko, co nie zostało powiedziane. Bo nigdy nie da się oddać całej komplikacji egzystencji jednostki z jednaj strony, a społecznej biosfery z drugiej. Choromański jest mistrzem panoramy zarówno jednego jak i drugiego. A jednocześnie czuje się w obowiązku tłumaczyć z “osobliwości wzroku” i “skłonności do deformacji”. Bo nie oddał sprawiedliwości widzialnemu świata? Bo nie zrobił tego tak dobrze jak chciał? Jakkolwiek by było, warto go czytać, nie dlatego, żeby odpowiedzieć sobie na te pytania, ale właśnie wręcz przeciwnie, żeby zrozumieć, że odpowiedź o to, czym jest literatura, nie jest tak prosta.

Jaś Kapela

Marlena już tu nie mieszka

16/11/2009, poniedziałek

Moja natura „profana” czuje się w Paryżu cudownie. Mijam ex-dom ex-króla. Jeżeli rano pomyślał „zjadłbym na obiad homara”, służący musiał mocno spinać konia ostrogami, żeby dotrzeć na czas przez wszystkie sale, pokoje, komnaty i korytarze do kuchni. A może to tutaj, podsłuchując przez rury kanalizacyjne, wynaleziono prototyp telefonu? Zapomniałam, król używał nocnika, dlatego niektórzy nazywają sedes „tronem”. Dosyć uczonych genealogii. Trudno wyobrazić sobie miasto bez tych sławnych miejsc, obojętnie jak bardzo wynaturzyła je turystyka, ale na mojej długiej liście miejsc wartych zobaczenia, zajmują one mniej więcej przedostatnią pozycję. Za to pierwsze są mocno obsadzone.

Najbardziej podobają mi się te, gdzie przeszłość należy do przeszłości, a teraźniejszość do teraźniejszości, spod której prześwituje to, co było. U steru władzy kolor biały, ale ulice i metro kolorowe, i to właśnie nadaje puls miastu. Podminowany pozytywnym, ale i niepokojącym napięciem. Jak zwykle handel lepiej niż polityka czuje czas: w ekskluzywnym sklepie Louis Vuitton przy Champs Élysées, z nieciekawymi rzeczami za wprawiające w osłupienie pieniądze (ach, zapomniałabym, zawsze można iść do ciucholandu i kupić markową torebkę za cztery tysiące), klientów z różnych stron świata obsługują eleganccy i wielojęzyczni czarno-, biało- i żółtoskórzy Francuzi. W okolicach Belleville, St-Denis, na obrzeżach i na przedmieściach wyglądają zupełnie inaczej. Ale o tym kiedy indziej.

fot. Shamolowbleu, Flickr

Codzienny maraton przez księgarnie-antykwariaty, których jest tutaj tyle i które są tak wyposażone, że właściwie - bez znudzenia, jak w amoku - można spędzić w nich cały czas pobytu. Ceny niektórych wydań książek nie skaczą zanadto powyżej ceny kawy, a nierzadko, pomimo różnych portfeli, są niższe niż u nas. Potem spacer po mieście. Wszystko wokół coś znaczy, ale mimo to nie przytłacza, czasem działa na wyobraźnię (miasto przede wszystkim dla mieszkańców - możne cię to nic nie obchodzić, przejdziesz mimo i nie dostaniesz reflektorem po oczach). Nie oświetlone, nie „umuzealnione” przesadnie, delikatnie oznaczone, czasem oddane pod inny użytek. Tu pracował Lacan, tu Foucault, tu Maria Curie, tu Celine. Tu mieszkała Marlena Dietrich. Tu ja. Może do tego sklepiku schodziła po papierosy. Teraz schodzi ktoś inny. Czasem coś się wymyka tej „zwykłości”. Wcale nie Gainsbourg. Duch Gainsbourga. Na ścianie domu, w którym mieszkał, chaotyczne graffiti wyznań miłosnych w językach z całego świata. Mimo protestów Charlotte Gainsbourg, obecnie właścicielki mieszkania, władze w ramach akcji „polerowania miasta” ze znaczeń, niedawno zamalowały mur na biało. Co najwyraźniej jeszcze bardziej zainspirowało fanów. Gdyby żył, pewnie by go nie ruszyli. Ale nie żyje. Na jego grobie zdjęcia, płyty, których nie zdążył odsłuchać, bilety na metro. Nie ma tylko niedopałków, które zastępowały znicze. Przyszła szczotka i zamiotła.

Joanna Wojdas

Idealne prawo autorskie

16/11/2009, poniedziałek

Czyje jest prawo autorskie? Kogo chroni? Komu pomaga? I jaką cenę ma informacja? A wiedza? Czy wiedza powinna być droższa niż informacja? A może tańsza? A może informacja powinna być za darmo? A wiedza za pieniądze? Albo na odwrót? A co ze sztuką? Czy płacenie za sztukę nie sprawia, że staje się ona towarem? Czy towar może być sztuką? Ciągle? Tyle lat po Warholu? Jak nie może, jak może? Niektórzy robią na sztuce dobry biznes i nie chcą przestać. Podobnie zresztą jest z literaturą. I z wiedzą nie jest inaczej. Niektórzy pakują wiedzę w opakowanie z nazwą “produkt” albo nawet bez tej nazwy (ale czy róża, gdyby ją nazwać gównem, przestanie być różą? a produkt, gdy go nazwiemy książką?). Niektórzy pakują tam nawet nie wiedzą, a jedynie złudzenie wiedzy. Zwykłe kłamstwa. Gdy byłem mały, myślałem, że jak dorosnę, zrozumiem, o co w tym wszystkim chodzi. Teraz już rozumiem, że nie zrozumiem. Dlatego mogę zadawać głupie pytania. Gdy byłem mały, myślałem, że któregoś dnia dożyjemy czasu, że wszystkie książki będę na wyciągnięcie ręki i, gdy tylko ktoś zapragnie się czegoś dowiedzieć, o czymś przeczytać, będzie mógł to zrobić. A teraz nie wiem, czy tak będzie. Choć przecież by mogło. W pewnym, abstrakcyjnym sensie by mogło. Ale w innym nie może.

fot. kerto CC (by)

Chyba musiało mi się kiedyś wydawać, że świat, w którym można zrobić coś dobrego, a czymś takim wydaje mi się świat, w którym każdy człowiek ma nieskrępowany dostęp do wiedzy i sztuki, jest światem, w którym to się robi. Tak oczywiście nie jest. Nie tylko dlatego, że nie wiadomo, co jest dobre. Czy mówienie prawdy jest dobre? A co jeśli kogoś ona rani? A co jeśli jest śmiertelnie chory? A co, gdy jest skurwysynem? Chciałbym wiedzieć. Kiedyś chciałem wiedzieć. Teraz nie specjalnie. Teraz czytam książki, które kupuje w antykwariacie i nie bardzo mnie interesuje, co na ten temat napisał Baudrillard. Bo pewnie nic. Czytam książki o książkach, których nie czytałem. Albo książki o piratach dwudziestego wieku wydawane przez PRL-owską oficynę młodzieżową. Największym piratem dwudziestego wieku jest USA. Teraz, gdy to już wiem, nie muszę się krępować przy piratowaniu amerykańskich filmów. Skoro przez tyle lat USA piratowała kraje zaprzyjaźnione z ZSRR i ZSRR samo. Ugoda Google zakłada, że nie będzie można czytać książek wydanych przez europejskich wydawców. Nieważne. I tak ich nie czytam. Czytam prawie wyłącznie po polsku, prawie wyłącznie książki, których nikt nie czyta i które można kupić za złotówkę w antykwariacie. I zapisałem się do biblioteki na Pradze. Do biblioteki Google się nie zapisałem. Kiedyś próbowałem coś tam czytać, ale w połowie tekstu okazało się, że do reszty nie ma dostępu. Nie lubię, gdy ktoś inny decyduje za mnie, kiedy mam skończyć czytać czytany przeze mnie tekst. Więc się obraziłem. Jak nie chcecie, żebym was czytał, to nie będę. Będę czytał książki za złotówkę. Żadna książka na świecie nie jest warta więcej. Bo w żadnej nie ma wiedzy, co zrobić, żeby nie było tak jak jest.

fot. no3rdw CC (by)

Co nie znaczy, że nie zdarza mi się kupować droższych książek. Zdarza mi się. Ale prawie zawsze czuję się oszukany. No, nie zawsze. Niektórym autorom byłbym w stanie zapłacić nawet więcej. Ale też tym, których przeczytałem za darmo. I którym nikt nie płaci. Bo na przykład nie żyją. Albo zajęli się czymś innym. Mam w ogóle taki postulat, żeby prawo autorskie nie wygasało nigdy. Bo dlaczego jeden autor ma zarabiać na tym, że podobała mi się jego książka, a inny nie? Tylko dlatego, że nie żyje? To żaden powód. Literatura zawsze ma w sobie coś z wywoływania duchów. Dlaczego duchy nie miałby partycypować w zyskach? Tylko dlatego, że trudno udowodnić ich istnienie? Miliona dolarów też raczej nikt z was nie widział, a nikt nie kwestionuje jego istnienia. A Bóg? Dlaczego nie płacimy Bogu? A. Płacimy. Zapomniałem. Tylko ci źli księża wszystko przejadają. To chyba podobnie jak w bankach. To chyba normalne, że dyrektorzy mają z interesu więcej niż klienci. Ostatnio dowodzi się, że, jeśli chodzi o rynek muzyczny, to nie artyści tracą na spadku sprzedaży płyt i rozwoju internetu, tylko wytwórnie płytowe. Brzmi to rozsądnie. Kto inny miałby tracić na spadku sprzedaży płyt, jeśli nie ten, kto je produkuje? Muzyka nie potrzebuje, żeby być na plastiku. Muzyka radziła sobie bez plastiku przez wieki, więc radzić sobie może dalej. Artyście sprzedają mniej płyt, ale więcej koncertują, więc wychodzą na swoje. Płyty nie są najważniejsze. Najważniejsza jest muzyka. I sztuka. I literatura. Co nie znaczy, że pisałbym, gdybym mi za to nie płacono. Przynajmniej nie tyle, co teraz. Ale czy nie byłoby to z korzyścią dla świata? Zapewne. Choć niekoniecznie. Czasami udaję mi się napisać coś śmiesznego nawet, gdy mi się nie chce. Więc jednak miło, że mi płacą. Co nie zmienia, że więcej zarabiam na koncertach niż książkach. Więc może książki też mogą być za darmo? W internecie? Nawet mojego wydawcę będzie trudno do tego przekonać.

fot. bixentro CC (by)

Chciałem napisać, że może należałoby ominąć pośredników i zlikwidować wytwórnie płytowe, ale potem pomyślałem, że zgodnie z tą logika należałoby też zlikwidować wydawców, a nie chciałbym, żeby ktoś likwidował mojego wydawcę, bo całkiem go lubię. I cieszę się, że jest. I lubię, gdy mi płaci za książki. Choć nie mam nic przeciwko temu, żeby zarabiać na koncertach. Albo innych rzeczach. Nie miałbym też nic przeciwko pensji minimalnej, którą bym dostawał niezależnie od tego, co robię. Wtedy mógłbym pisać wyłącznie z potrzeby serca. Co pewnie by znaczyło, że nie pisałbym prawie wcale. Chyba, że facebooku. Jestem poetą błyskawicznym. Potrzebuje oddźwięku tu i teraz. Choć czasem lubię też sięgać po dłuższe formy. Więc może jednak coś bym pisał. Nawet, gdyby nie było prawa autorskiego. A może nie. Może nic bym nie robił. Zapewne jak większość. Życie polega na robieniu rzeczy, których nie chce się robić, żeby móc robić rzeczy, które chcę się robić? Nie jestem bardzo daleki od takiej definicji. A co, gdy czasami nie lubi się nic robić? Czy nie powinno to też być objęte prawami autorskimi? Czasami mam poczucie, że rzeczy, których nie zrobiłem, są cenniejsze od tych, które zrobiłem. Więc sądzę, że za nie też powinni mi płacić. To byłoby idealne prawo autorskie.

Jaś Kapela

Jest piąta rano, Paryż idzie spać

15/11/2009, niedziela

Dziś czuję się prawie jak Jacques Dutronc. Ale dzień chyba nie ten. Jestem delfiną na placu Dauphine. Belmondo się zestarzał i nie dobiegł na rue Campagne Première. Szczotki dosysają brudki. Kary dla właścicieli kawiarni za posiadanie popielniczek. Moja kawa obok kieliszków z niezrozumiale niedopitym winem. Niedziela, mało biegających garniturów. Rozmemłane wracają do domu. St-Germain ma kaca. Łuk Triumfalny jak przepocona skarpetka w bucie Sarko. Mdły zapach w metrze. Zblazowane miny. Transwestyta nieogolony. Gruba Cyganka wiezie worek mięsa na obiad dla pięćdziesięcioosobowej rodziny. Blade, starzejące się mieszczanki myślą o obiedzie z teściami. Leniwie liżąc kwaśne łyżeczki, będą marzyć o szerokich ramionach kolegów z pracy. Młodzi i przedsiębiorczy wracają zygzakiem na modnych rowerach. Nie ma kto ich potrącić. Marcello już nie mieszka koło domu Deneuve przy St-Sulpice. Houellebecq przeniósł się z bloku z wielkiej płyty na brzeg z kostki brukowej. Maria Curie i janseniści z Port Royale też. Chałupka Balzaka cudownie wsiowa pośród eleganckich kamienic i domków Amelii z piernika. Ludzie kładą się spać. A ja właśnie wstałam. Między sobotą i niedzielą gazety „się nie drukują”, robotnicy nie są zmęczeni. Przedmieścia śpią u siebie. Kelnerzy niezmordowanie wyprostowani i eleganccy. Piekarze różowi i upudrowani. Ciastkarze szlifują brylanty. Sprzedawcy układają fasolę za fasolą w równych rzędach. Kupuję „Dutronc od A do Z” na targu w XV dzielnicy. Na stołach zalegają kupami książki, jak kiedyś mięso. Sześćdziesiąt lat temu rodzice przyprowadzali tu chłopców o drobnych twarzach, aby napełnili szklanką ciepłej krowiej krwi niebieskie żyłki. Dwa zielonkawe byki na postumentach prężą muskuły. Obmyślam pean na cześć Belleville, masła w rogalikach, zmaltretowanych materacy i stu kotów Dutronca na wyspie Korsyka. Brzęk pustych butelek wrzucanych do kosza. Nicolas otwarte! Idę po wino. Paryż idzie spać, delfina wyspana.

Joanna Wojdas

Czasopismo kulturalno-pornograficzne

14/11/2009, sobota

Pod tytułem “Ruch dla kobiet i mężczyzn” swoją premierę świętować będzie w niedzielę. W tymczasowej siedzibie Muzeum Sztuki Nowoczesnej na Pańskiej 3. Oficjalnie wygląda to tak:

“15 listopada (niedziela), godz. 19:00 premiera

RUCH dla kobiet i mężczyzn – przedsięwzięcie wydawnicze kulturalnie erotyczne. Nowe posunięcie na polskim rynku prasowym. W pierwszym numerze: Michał Bojara, Rodrigo Garcia, Maria Poprzęcka, Andrzej Szpindler, Ola Waliszewska, Tennessee Williams.

Redagują: Jaś Kapela, Wojtek Pustoła, Filip Zagórski

Wydawca: Fundacja Nowego Teatru

Na imprezie zagrają: AVABAF
http://www.myspace.com/naerartist
JACEK STANISZEWSKI
vj
KUBA WESOŁOWSKI”

fot. lucyfrench123 CC (by)

Nieoficjalnie trochę inaczej, ale już sam nie wiem jak, bo tyle o tym pisałem, że już pogubiłem się jakiego potwora stworzyliśmy, Na przykład wcielając się w prof. Poprzęcką zeznawałem tak:

“”Ruch dla kobiet i mężczyzn” jest czasopismem transgresywnym. Koncentrujące swoje zainteresowania na zagadnieniach ciała, nie ucieka od stawiania niełatwych pytań. Płciowość jest tu podjęta nie tylko jako temat, ale też jako zadanie do wykonania. Ruch nigdy nie jest niewinny. Każde działania wywołuje ślad na powierzchni rzeczy, a także niepostrzeżenie przenika do ich głębi. Ta krecia robota jest nie do uniknięcia. Nie możemy się poruszać nie zaburzając równowagi rzeczy wokół.”

Ale też tak:

“Radość jest tu bezpretensjonalna i nie wstydzi się bycia samą sobą, lecz podobnie tragizm nie ukrywa swojej esencjalności. Rzeczy są takimi jakimi są, podobnie jak ruch jest takim jakim jestem. Nie przysłania to jednak świadomości redaktorów, że historia sztuki jest też historią widzenia. Postrzeganie, zmieniające się na przestrzeni dziejów, zmienia też swoich odbiorców. Redaktorzy “Ruchu…” pragną być twórczymi podmiotami tej zmiany.”

A z kolej udając, że jestem Markiem Beylinem pisałem tak:

” Czasopismo otwarte i odważne, lecz równocześnie pewne swoich celów. Obowiązkiem artystów jest eksplorować niezbadane grunty i podążać ścieżkami, których nikt wcześniej nie przeszedł. Powinni być jednocześnie w sposób szczególny wyczuleni na nerw współczesności, umieć mówić do ludzi w sposób zrozumiały, lecz wymagający. Tacy są redaktorzy “Ruchu…”.”

Natomiast z okazji składania wniosku o stypendium Młoda Polska tłumaczyłem:

“nicjatywa stworzenia przy Nowym Teatrze w Warszawie czasopisma o charakterze artystycznym wydaje się nieomal prostą konsekwencją powołania do życia tego niezwykle interesującego ośrodka myśli i twórczości. Nowy Teatr skoncentrowany na tworzeniu głębokiego porozumienia z widownią i budowaniu silnego środowiska poszukuje konwencjonalnych i niekonwencjonalnych możliwości dotarcia do publiczności. Magazyn będzie stanowił dodatkową platformę porozumiewania się teatru z jego widownią, a w przyszłości, kiedy planowane centrum artystyczno-intelektualne stanie się faktem, magazyn ma szansę być głównym medium służącym transferowi myśli z tego niewielkiego, ale silnego ośrodka, na całą Polskę.”

Przy czym są to trochę kłamstwa, bo chodziło o to, żeby nie użyć słowa erotyka, skoro to wniosek do Ministerstwa, a tam się cycków boją.

Dla samego Muzeum napisałem tak:

“Ruch dla kobiet i mężczyzn - pismo zdradliwe (nie czytaj, jeśli boisz się, że porzucisz rodzinę i dzieci), gazeta niecodzienna (jeśli szukasz informacji, możesz szukać jej dalej), periodyk postdramatyczny (nie interpretuje tekstu ani nie stanowi wykładni żadnej idei). Francuski bez, lubi się puszczać. Od kilku lat mieszkasz na trzecim piętrze w wieżowcu. Od dawna pracujesz na czwartym piętrze biurowca. Ile razy wybierasz schody zamiast windy? Ruch to zdrowie! ”

Więc czy można się mi dziwić, że sam już nie wiem, o co w tym chodzi? W każdym razie ma być fajnie. I wydaję się, że to się jednak udało. I będzie seks. Dlatego zapraszam w niedzielę, a także do szukania w dobrych księgarniach czasopisma, które same nie wie, czym jest.

Jaś Kapela

Czy istnieje życie pozaziemskie?

12/11/2009, czwartek

A jeśli tak, to czy jego przedstawiciele znajdą w swoich sercach miejsce na miłość Jezusa? Czy w ogóle będą mieli serca? A jeśli nie, to gdzie będzie w ich ciałach mieszkał Pan Jezus? A jeśli nie będą mieli ciał? Co wtedy? Czy istoty niematerialne mogę potrzebować metafizyki? - na te oraz inne pytania spróbują odpowiedzieć uczeni katoliccy zgromadzeni w Papieskiej Akademii Nauk, którzy jeszcze w tym tygodniu spotkają się w Rzymie jak donosi Telegraph. Uczeni i religijni przywódcy mają zastanawiać się nad konsekwencjami jakie istnienie życia pozaziemskiego mogłoby nieść dla Kościoła Katolickiego. A że jakieś nieść powinno dowodzą choćby przykłady Murzynów i Indian, którzy z początku traktowani podejrzliwie jako nie do końca ludzie, ostatecznie okazali się być żyzną glebą dla Dobrej Nowiny. Szczególnie po tym jak wcześniej ich biali braci przynieśli im tyle złych. I to nie tylko nowin, ale również czynów. Wydaje się, że katolicyzm sprawdza się szczególnie jako religia uciśnionych. Na co dowody można odnajdywać zarówno w starożytnym Rzymie jak i w PRL-owskiej Polsce. Jezus zawsze dawał nadzieję, tym, którzy zostali jej pozbawieni. Czy mógłby dać nadzieję również Obcym? Zapewne tak. Gdybyśmy wyobrazili sobie sytuacje jak z “9 dzielnicy”.

fot. midiman CC (by)

Zresztą można pewnie sobie wyobrazić różne inne problematyczne sytuacje, w których wiara może być jakimś rozwiązaniem. Być może Obcym one też się mogą przytrafić. Ostatecznie nietrudno sobie wymyślić świat jeszcze bardziej okrutny od naszego. Twórcy SF robią to od dziesięcioleci, a może nawet wieków. Jednocześnie istnieją też tacy, którzy śmiało twierdzą, że nasza wyobraźnia nigdy nie będzie dostateczna. Że nie potrafimy sobie wyobrazić Obcych. Bo ci, których sobie wyobrażamy zawsze są jakoś do nas podobni. Podobnie zresztą jest z bogami. Bóg, który miał nas stworzyć na swoje podobieństwo jest paralelny z Obcymi, których tworzymy na swoje, a którzy prawdopodobnie, jeśli się z nimi kiedykolwiek zetkniemy, okażą się bardziej obcy, niż będziemy umieli to pojąć. Co oczywiście nie przeszkadza myśleć o nich już teraz i przygotowywać się na nowe rynki zbytu towarów i wiary. Watykan już to robi, Wall Street pewnie robi to od dawna. A ty? Czy jesteś gotowy na pojawienie się Obcych?

Jaś Kapela

Zaróbmy jeszcze więcej, żeby wykończyć ubóstwo?

11/11/2009, środa

Poszedłem na film, aby przypomnieć sobie, że świat jest zły i dlaczego. A także, że ja też jestem zły, bo będąc w dwudziesty pięciu najbogatszych procentach ludzkości zużywam osiemdziesiąt procent ziemskich zasobów. Film się nazywał “Wykończyć biedę? i z początku myślałem, że zasnę, gdy po raz dziesiąty ktoś powtarzał, że obecny model kapitalizmu wynika z kolonializmu. Obecny model kapitalizmu wynika z kolonializmu. Znacie to? To posłuchajcie. I słuchaliśmy, a ja zasypiałem, bo wstałem wyjątkowo o godzinie ósmej, a normalnie wstaje o jedenastej, więc chciało mi się spać. A w kinie było ciepło, a przed wyjście zjadłem naleśniki z kalafiorem po indyjsku. Więc trudno było mi myśleć o milionie ludzi, którzy żyją dziennie za poniżej dolara. Bo ja już tego dnia wydałem z trzynaście. Z czego prawie cztery, żeby móc obejrzeć ten film. Choć może mniej. Nie liczę ile dolarów wydaję. Choć czasami liczę, ile złotych. Z czasem jednak zrobiło się ciekawiej. Jakaś pani prosiła, żeby mogła podać tylko jedną statystykę i powiedziała, że każdej minuty Subsaharyjska Afryka zwraca Północy dwadzieścia pięć tysięcy dolarów. Chyba. Choć może każdego dnia? Choć to by chyba było za mało. Wydaję mi się, że jednak chodziło o minuty. Ale nie mogę być pewien. Niestety moja zdolność pojmowania kończy się przy takich abstrakcyjnych liczbach. I faktach. Miliony dolarów długu jaki mają wobec nas ludzie zarabiający poniżej dolara jest raczej czymś nie do pojęcia. Przynajmniej na dłuższą metę. Przynajmniej dla mnie.

Ale zawsze warto sobie o tym przypomnieć. I o innych rzeczach też. Że jeśli myślimy, że mamy dom i bieżącą wodę dzięki własnej ciężkiej pracy, to się mylimy. Ja na pewno bym się mylił, gdybym tak myślał. Więc nie myślę. Zastanawiam się tylko jak opodatkować te wszystkie pieniądze przepływające z rajów podatkowych w inne strony świata i z powrotem. I wydaję się to proste. A przecież nie jest, skoro tego nie zrobiono. W ogóle oglądając ten film miałem wrażenie, że pochodzi z jakiś lat osiemdziesiątych. Ale nie. Data produkcji: 2008. Wszystko się zgadza. Tylko jest jeszcze gorzej. A przynajmniej na to wygląda. Bo w filmie mówili, że potrzeba by sześciu planet, gdyby wszyscy chcieli żyć jak mieszkańcy USA, a ostatnio w Wyborczej czytałem, że siedmiu. W każdym razie więcej niż na razie mamy. Ponad 170 milionów ludzi podpisało petycję “Stand Up, Take Action, End Poverty Now!”, co kwalifikuje ją do Księgi Rekordów Guinnessa. Ale nie wiadomo, czy do czegoś jeszcze. Jestem zupełnie pewien, żeby gdyby zapytać wszystkich ludzi na świecie, okazałoby się, że jest ich nawet więcej. Że jest ich większość. To trochę podobnie jak z głosującymi na PO. O których ciekawie pisze Szymulewicz. Okazuje się, że większości głosujących na Platformę ma znacznie bardziej egalitarne poglądy niż jej liderzy. Ale głosują na nią, bo nie kłócą się tyle, co jej poprzednicy. No i też przez ducha czasów, którego zdaje się symbolizować. Platformersi to ludzie sukcesu. Wszyscy chcieliby tacy być. Więc głosują na to jacy chcieliby być, zamiast próbować zmienić warunki w jakich żyją. Przerażające to, ale przecież bardzo prawdziwe. Chcielibyśmy być lepsi, więc wstydzimy się tego jacy jesteśmy i nie mamy śmiałości walczyć, żeby było nam lepiej. Skoro nie potrafiliśmy tego sami osiągnąć. Skoro nie jesteśmy ludźmi sukcesu, to przynajmniej możemy podnieść rękę, że chcielibyśmy nimi być.

Pokaz filmu “Wykończy ubóstwo?” był jednorazowy, ale również dobrze jak się wydaje można w tych samych celach obejrzeć chyba ciągle grany w kinach “Zaróbmy jeszcze więcej”. A może nawet to jest to film lepiej zrobiony, bo choć go jeszcze nie wiedziałem, to takie dochodzą mnie głosy. A przy edukacyjnej manierze “Wykończyć ubóstwo?” z pewnością nie jest to trudne. Co nie zmienia, że to pierwsze dzieło też polecam.

Jaś Kapela

Czym jest toksymia?

10/11/2009, wtorek

Chyba toksemia - mógłby spytać ktoś bardziej niż ja przebiegły i obyty w medycynie. Ale nie. Nie o toksemię tu chodzi. Choć między innymi o krążenie toksyn. Jeśli uznać, że bohaterowie debiutanckiej książki Małgorzaty Rejmer tworzą jeden wielki organizm, to można też przyjąć, że relacje między nimi są rodzajem krwiobiegu. A że relacje są toksyczne, może czytelnik dalej dedukować, to zapewne chodzi o to, że autorka w tytule diagnozuje chorobę, na którą cierpi jej książka. Tylko, że diagnozują ją błędnie. Bo, jak zostało powiedziane, toksymia nie istnieje. Jest tylko toksemia. To znaczy była. Teraz mamy już obie. Tylko, że oznaczają inne rzeczy. Choć trochę podobne. I jedną z nich właśnie przeczytałem, a z drugą mam zamiar się nigdy bliżej nie zapoznawać. I być może mi się tu uda. Bo na tężca chorować nie zamierzam, ani dawać się żmijom kąsać. Nie do końca to, co prawda, ode mnie zależy. Ale jednak. W moim domu nie mieszkają żmije. W stolicy w ogóle nie ma ich zbyt wiele. Z tych dwóch miejsc ruszam się rzadko i niechętnie. Więc jestem dobrej myśli.

W przeciwieństwie do autorki książki - jak sądzę. Autorka jest najwyraźniej bardzo złej myśli. Co mnie dziwi nieustannie, gdyż na co dzień, a znam ją na co dzień i nie od wczoraj, wydaje się osobą pogodną, roztropną, która z niejednego pieca chleb jadła i ciastka. Ponieważ znam autorkę i nawet własnoręcznie mi swoją książkę podarowała, nie można tego tekstu traktować jak obiektywnej recenzji, ale - na Boga - żadnego mojego tekstu nie można traktować jak obiektywnej recenzji. Nawet nie dlatego, że znam wszystkich, bo do tego nie doszedłem jeszcze nawet na facebooku. Tylko tak w ogóle. Złośliwa ze mnie bestia i nieobiektywna. Wróćmy jednak do tytułowej toksymii, które w przyrodzie nie występuję, a przynajmniej nie występowała, aż do niedawna. Ona też wydaję się być chorobą. Groźną chorobą. Obezwładnieni nią ludzie mówią jak pacynki, jak telewizyjne wizualizacje moherowych beretów sterowane komputerowo przez Kubę Wojewódzkiego albo innego oświeconego inteligenta. Z ich ust płynie mowa trwa, zamiast języków mają kawałki drewna, którymi kłapią kłap-kłap. A to jeszcze nie wszystko, bo na dodatek nie są w stanie tworzyć relacji, a, jeśli już w jakiś tkwią, to są to związki na zasadzie kat-ofiara, ofiara-kat, ofiara-ofiara. Kata-kata chyba nie ma. No i co najgorsze są zgoła niesympatyczni. Autorka była dla nich taka niedobra, że chyba nawet sama ich nie polubiła. No i spoko. Autor nie musi lubić swoich postaci. W końcu są tylko pionkami w jego grze. Już sam ten fakt może autorowi odebrać resztki ludzkich uczuć. Bo jak tu mieć ludzkie uczucia dla pionków? Pionki są po to, żeby ginąć w pierwszych atakach i zrobić miejsce figurom bardziej szlachetnym jak konie, wieże, czy dama. Niestety w “Toksymii” takie figury się nie pojawiają. Wszyscy są pionkami. Brną w swój los bezmyślnie i niechętnie, a jeśli nawet przejawiają jakieś objawy buntu, to nie na poziomie refleksji. A przejawiają, bo prawie wszyscy są tu nieszczęśliwi.


Sepultura - Dead Embryonic Cells
przez raggalaggaff

Hm. Powiedziałem prawie? Wszyscy bohaterowie(przynajmniej pierwszoplanowi) są nieszczęśliwi i przed swoim nieszczęściem próbują uciec. W telewizję, w pijaństwo, w autoagresje, czy nawet (to jeden z ciekawszych motywów) w pisanie mów pogrzebowych. Ale nikt nie potrafi. A nie potrafią, bo są zwyczajni głupi. Powtarzają wiadomości przeczytane w “Fakcie” jak dobrą monetę. Zresztą nawet wiadomości z “Faktu” są dla nich za mądre. Więc powtarzają slogany z reklam, lecz nawet je potrafią wyprać z jakiegokolwiek znacznie. Znamienny cytat: “To oczywiste, że człowieka tkwiącego jedna nogą w grobie powinno się zdradzać. To oczywiste, że człowieka tkwiącego jedną nogą w grobie nie powinno się zdradzać.” Może być tak i siak i nie ma to żadnej różnicy. Myśl w obu swoich postaciach budzi podobne zażenowanie. Podobnie jak większość myśl postaci w “Toksymii”. A że głos narratora jest tu prawie nieodróżnialny, czytając męczymy się jakbyśmy brnęli przez wielki ocean błota. Rozumiem, że taki był zamysł autorski. Nie rozumiem dlaczego. Podobnie jak u Masłowskiej wszystko i wszyscy są własna parodią i groteską. Tylko, że nie budzą śmiechu. Masłowska bez poczucia humoru? Brzmi to dość przerażająca. I takie jest w rzeczywistości. Ale nie chodzi o to, że autorka jest poczucia humoru pozbawiona. Bo są sytuacje i momenty, które byłby śmieszne, gdyby nie sumienne starania autorskie, żeby każdy dowcip spalić, każdy żart zniweczyć. Dlatego postacie budzą jedynie zażenowanie. I nawet nie żal. Bo żeby można było mieć żal dla tak żałosnych i głupich postaci przydałaby się odrobina empatii ze strony autorki, która nie wydaję się jej mieć nawet tyle. Jako ludzie potrafimy współczuć ofiarom, które są nimi wyłącznie ze swojej winy. A jednak ofiarom (znaczy się bohaterom) Rejmer nie współczuję. Tak zostało to napisane, że nie ma w tej narracji miejsca na współczucie. Więc na co jest? Nie wiem. Potwornie ponury to świat, lecz jednocześnie mnie nie przeraża, bo takiego świata nie znam, w taki świat nie wierzę. Dlatego, mimo całej jego żałości, nie przejmuję mnie. I nie chciałbym, żeby ktoś pomyślał, że jestem optymistą. Że, broniąc się przed wizją Rejmer, próbuje powiedzieć: nie jest tak źle. Choć może rzeczywiście nie jest tak źle. Jest źle zupełnie inaczej. Nie dlatego świat jest żałosny miejscem, bo jego mieszkańcy są żałośni i głupi. Choć też. Świat jest żałosnym miejscem już raczej dlatego, że nawet ci żałośni, głupi i źli mają swoje racje. O tych racjach nic w książce Rejmer nie ma. Dlatego jej nie wierzę. Sory Małgorzata. Jeśli chciałaś mi coś powiedzieć, musisz spróbować jeszcze raz. A jeśli to książka nie dla mnie, to dla kogo?

Jaś

Ktoś powinien ukarać Bruce’a Willisa

09/11/2009, poniedziałek

Z cyklu najgłupsze filmy świata.

Życiowa rola Bruce Willisa grającego policjant o zdolnościach umysłowych sześciolatka, który probuje rozwiązać sprawę tajemniczej broni zabijającej tytułowych surogatów i ich właścicieli. Bo jesteśmy w przyszłości, gdy nikt o zdrowych zmysłach nie wychodzi z domu, bo zamiast siebie może wysyłać zdalnie sterowanego robota, który ma wszystkie ludzkie zalety przy braku licznych dla tego gatunku wad. Pomysł fajny i dlatego w ogóle ten film obejrzałem. Powiedzmy, że ludzki gatunek nie jest moim ulubionym gatunkiem. Nie jest nawet w pierwszej setce. Znacznie bardzie wolę od niego różne gatunki piwa na przykład. Więc chętnie oglądam filmy o przyszłości, w której konieczność obcowania z ludźmi jest ograniczona do minimum. Czyż nie jest to przyjemna myśl? Że zamiast męczyć się w obcowaniu z brudnymi, obleśnymi, kłótliwymi, śmierdzącymi itd. ludźmi można spędzać czas z ich idealnymi avatarami, które nie dość, że są piękne i ładnie pachną, to na dodatek mogą skakać po budynkach, nie chorują i nie można ich zabić.

Aż do momentu, w którym ktoś zabija dwójkę surogatów i ich właścicieli, więc okazuje się, że wszystko nie jest tak piękne jakby być mogło w świecie, w którym dziewięćdziesiąt osiem procent populacji nie wychodzi z domu inaczej jak pod postacią swojego osobistego robota. Ten moment jest w filmie beznadziejny, a potem jest już tylko gorzej. Gdyby jeszcze nie wydarzyło się to w piątej minucie, być może dałoby się coś z tego dzieła wynieść, poza kolejnymi bolesnymi jękami, przy próbach Bruce’a - o inteligencji wielofunkcyjnego narzędzia ogrodowego niesłusznie i obelżywie nazywanego cepem - który nie rozwiązałby nawet sobie sznurowadła bez pomocy prawie równie ograniczonych mentalnie pozostałych bohaterów. Wspólnymi ich siłami akcja jakimś cudem posuwa się naprzód, ale i tak starcza jej tylko na ledwie ponad osiemdziesiąt minut. I dobrze. Więcej pewnie trudno byłoby wytrzymać. Choć mój masochizm nie zna granic. Nie zna granic też głupota twórców, którym najwyraźniej nie bardzo chciało się myśleć nad konsekwencjami jakie wniosłaby w życie cywilizacji zmiana, którą bądź, co bądź, próbują przedstawić. W gruncie rzeczy wszystko jest takie samo, tyle, że wszyscy są piękni i nie ma przestępstw. A ludzie, którzy nie chcą mieć surogatów mieszkają w slumsach.

Nie wiadomo, dlaczego. W ogóle niewiele tu wiadomo. Ani o motywacjach postaci, ani o tym na przykład jakim cudem ludzie, którzy całe życie leżą na fotelach, po wyłączeniu surogata są w stanie się ruszać. A zanik nieużywanych mięśni jest jakąś skomplikowaną sprawą spoza granic medycznej metafizyki. Pełno w “Surogatach” takich niedomyślnych szczegółów. Właściwie cały film się z nich składa. Rozumiem, że po zatrudnieniu Bruce’a Willisa nie starczyło kasy na scenarzystów. Ale nie rozumiem po co w takim razie kręcić cały ten film i tak spalić ciekawy ostatecznie pomysł. Chyba tylko po to, żebym miał się czym denerwować. A nie wydaję mi się, żeby była to wystarczająca motywacja do działania dla setek ludzi przez co najmniej kilka miesięcy. Tym bardziej, że większość z nich pewnie nawet mnie nie zna. Więc podejrzewam, że musieli mieć też inne powody. Ale wolę o nich nie myśleć. Bo na pewno są co najmniej żałosne, jeśli nie zgoła karygodne. No i jeszcze ten koniec, w którym Bruce dochodzi do wniosku, że surogaci to jednak nie jest najlepszy pomysł, więc w sposób całkowicie apodyktyczny i niedemokratyczny postanawia się ich pozbyć jednym ruchem, bo oczywiście jest to możliwe jednym ruchem. I gdyby coś takiego zrobił rasie ludzkiej, to należałoby go nie tylko zlinczować, ale włożyć sokowirówkę do pupy, przykuć do mrowiska i zrobić jeszcze kupę innych nieprzyjemnych rzeczy. Na szczęście to był tylko film. I już się skończył.

Jaś Kapela