Różaniec drewniany, odklepany
Wczoraj pojechaliśmy z Marem do Tarnowa na podwieczorek do dziewięćdziesięcioletniej Natalii Rolleczek, głodni takich kawałków: „Siostra Modesta szła od łóżka do łóżka. Wprawnym ruchem prawej ręki zdzierała z leżących przykrycia, a lewą wymierzała drewnianym różańcem uderzenia w plecy”. Chociaż mnie dużo bardziej podoba się, gdy pisze w ten sposób: „…drewniany różaniec grzechotał wesoło po gołych plecach”. A właściwie najlepiej jak powaga i rozpacz czternastoletniej dziewczynki, która trafia do sierocińca prowadzonego przez siostry felicjanki, przeplata się z humorem i ironią, na jakie stać kilka lat później autorkę autobiograficznej książki „Drewniany różaniec”. Bo dzięki temu nie dostajemy ani nowej „Siłaczki”, ani sjerioznej czytanki, za jaką uchodziła za czasów PRLu, kiedy propaganda wykorzystała ją do antykościelnej nagonki, ani zbioru zabawnych anegdot.
A te Rolleczek potrafi opowiedzieć naprawdę zabawne. Lekko, jak na autorkę książek dla dzieci i młodzieży przystało. Miejscami śmiejesz się w głos. Na przykład przy opowieściach o myciu się w koszulach po trzy w jednej balii, żeby było obyczajnie i by zaoszczędzić na wodzie, o chowaniu ukradzionej, gorącej kiełbaski za dekolt, o seriach nawiedzeń wśród dziewczynek oczekujących z tego powodu lepszego traktowania („Masz już trzecią nawiedzoną. Teraz to pójdzie dalej. Niedługo nasze obsrane maluchy zaczną latać na skrzydełkach pod sufitem”), o wypracowaniach na temat, co bym zrobiła, gdybym spotkała Matuchnę Bożą w lesie, albo jaki do zbudowałabym dla Pana Jezusa, albo o pełnej godności i wzruszającego wdzięku mateczce, która z rumieńcem na policzkach, szykuje co niedzielę księdzu śniadanie, by nagle na widok rozpuszczonych włosów jednej z wychowanek „spod czarnego welonu wyjrzało ku mnie wykrzywione spazmem wściekłości oblicze”.

fot. Patrycja Musiał
No używa sobie na siostrzyczkach Rolleczek. A cóż ciekawszego nad zakryte przed wzrokiem postronnych krużganki klasztorne? Jak spotkała po latach siostrę Modestę na Kopernika w Krakowie i ta najwyraźniej ucieszyła się na widok pyskatej i butnej Tali, Tala stchórzyła i uciekła – wstydziła się, że tak ją obsmarowała. A przy herbatce i torciku mówiła nam, że na starość, znacznie więcej rozumie i już nie opisałaby tego tak ostro: wtedy była prymitywną dziewczyną, nie potrafiła przełamać strachu przed siostrami, a te przecież starały się, jak umiały, a że niewiele umiały i nikt im nie pomagał, to było jak było. Ale w 1953 roku, kiedy wyszedł „Różaniec”, to była jeszcze ta Tala, której książkę reklamował ksiądz w kościele jako dzieło szatana, a potem ludzie zapisywali się do jej wypożyczenia w pięćdziesięcioosobowym ogonku. Pokazuje jak zakonnice, wykorzystując biedę, przy pomocy strachu, wbijały w głowy dziewczynek opartą na winie i karze wizję świata. Nie pracowały dlatego, że ktoś musiał wykonywać obowiązki, ale zawsze za karę, albo w ofierze. Na przykład samotne szorowanie zabłoconego kościoła do trzeciej w nocy, albo wybieranie ziemniaczanego gnoju z piwnicy. Chodziły brudne, zawszone, śmierdzące, wytykane palcami. Nikt nie lubił nikogo: zakonnice nienawidziły się między sobą, dziewczynami pogardzały, dzieliły się na lepsze i gorsze, sieroty pod tym względem posłusznie je naśladowały. A że panował głód „Nauczyłam się podstępów i sztuczek dziewczyn stale głodnych i poszukujących jedzenia. Patrzeć na wszystko jak na łup, pochwycić zdobycz, alko ukraść – to był ideał, którego należało się trzymać”. A „Stojąca przede mną nieruchomo zakonnica wydala mi się w swym ciemnym habicie istotą bez twarzy i bez ciała. Czarna dziupla, z której życie wywiało jak ptak uciekający rankiem z wypróchniałego pnia.”
Gdy istniało podejrzenie, że którąś „dotknęło” powołanie, była rozpacz i modlitwy o zmiłowanie. Prawie żadna nie chciała zostać zakonnicą o kwaśnockliwym wyrazie twarzy. A jeśli dziewczyna połasiła się na względy, które spływały na nawiedzoną, koleżanki z całą wyuczoną na miejscu brutalnością starały się ją wybawić od tej „łaski”. Trzeba było ten czas jakoś przetrwać, licząc na to, żeby się „serce całkiem nie skurczyło”.
Pani Rolleczek się nie skurczyło, a z wiekiem coraz bardziej jej się rozrasta. Jest żywiołowa i serdeczna. Zwodzi mnie, uciekając przed każdym poważniejszym pytaniem w anegdotę, podskakuje jak nastolatka, otoczona lekturami, w tym „Różaniec nieodklepany”, pisze dramat o Karolu Wojtyle, jak się wyraziła, „najbardziej komercyjnej obecnie postaci” (liczy na natychmiastowe wystawienie w teatrze w Tarnowie). Jest tak życzliwa, że w jej sercu są w stanie pomieścić się wszystkie zakonnice świata, nawet Marecki i ja. On, sądząc po dedykacji na książce („dla szlachetnego wydawcy”) najwidoczniej w centrum, ja co najwyżej przy ujściu aorty („z serdecznym pozdrowieniem”). Może serce mi się od tego nie skurczy. Chyba niepotrzebnie powiedziałam, że Karol najwidoczniej uległ pokusie, kiedy pani Natalia opowiadała o scenie, gdzie Wojtyła, kuszony przez szatana wizją wielkiej kościelnej kariery, widzi dwadzieścia swoich koszmarkowatych popiersi.
Joanna Wojdas